środa, 19 grudnia 2007

MOŻE MORZE...


To się zdarzyło pół roku temu (przepraszam że nie napisałem o tym posta). Pojechałem wtedy na morze z Asią na tydzień. W czwartym dniu pobytu nad morzem, strrrrasznie się źle czułem. Próbowałem to powiedzieć (psią mową) Aśce, ale nie wiedziałem jak. Dzień później zauważyła jaki jestem zmęczony, i jak w ogóle się nie ruszam. Nie mogłem pić, jeść, po prostu czułem się fatalnie!! Asia na tych miast pojechała do weterynarza, jednak weterynarz powiedział że nic mi nie jest (gdybym był zdrowy, zagryzłbym go na śmierć…). Asia jednak wiedziała że coś mi jest, i pojechała do drugiego weterynarza. Ten powiedział że jestem chory na babeszjozę (w tym miał rację), ale powiedział też że nie ma na to lekarstw. Pojechała do trzeciego weterynarza z nadzieją że ten da mi lekarstwo, On jednak (Asia tego nie wiedziała, zresztą ja też nie) był weterynarzem od koni, i wstrzyknął mi wodę pod skórę, bo powiedział, że nie ma czasu dawać mi kroplówkę (z tymi gulkami wyglądałem śmiesznie). Asia się wściekła że nie ma tu jakiegoś dobrego weterynarza który by się mną zajął. Jednak nie traciła nadziei. Pojechała do piątego lekarza, A on dał mi kroplówkę pobrał mi krew, a Asia tą krew musiała zawieść do laboratorium żeby nie czekać trzech godzin na wyniki (oczywiście, musiała trochę więcej zapłacić). Okazało się że mam babeszjozę, a Asia musiała mnie przywozić codziennie do tego weterynarza na pobieranie krwi i kroplóweczkę.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Na szczescie wszystko dobrze sie skonczylo, a pani weterynarz ze slupska ( bo w koncu tam nas wyslali...) znala sie na rzeczy!
:D