
Pojechałem na Suwalszczyznę po raz kolejny cztery dni temu. gdy Lizak przyjechał pod dom (znaczy przyjechał Dominik, przecież psy nie potrafią prowadzić), spakowano bagaż do samochodu Dominika, a mnie samego wpakowano do Samochodu Zosi. Pojechałem tam z Asią I z dziewczynakami (Sarą I Nadią). Jechaliśmy ponad cztery godziny za samochodem Dominika. Piszczałem całą drogę, ponieważ nie mogłem już znieść tej niewygody (pewno strasznie to wkurzało moją rodzinkę).W połowie drogi zatrzymaliśmy się w Karczmie „Pod Topolami“ z Lizakiem (Imba przyjechała dzień później). Ludzie (Marta, Dominik, Asia, Zosia, Sara I Nadia) zamówili tonę jedzenia. Ja z Lizakiem przyglądaliśmy się temu z przeogromnym apetytem, a Lizakowi nawet ślinka ciekła. Prawie obślinił całą podłogę. Zaraz po posiłku wyjechaliśmy z karczmy I jechaliśmy przez jeszcze dwie godziny. Gdy (nareszcie) dotarliśmy na miejsce, Zobaczyliśmy domek z drewna. Była ciemna noc, więc nic nie widziałem. Słyszałem tylko głośne szczekanie I wycie psa. Poźniej dowiedziałem się że pies ma na imię Snowy, I jest dość groźny; Słyszałem że przegryzł pewnemu psu tętnicę(na szczęcie był w kojcu dla psów). W końcu weszliśmy już do środka tego śmiesznego drewnianego domku, a tam na nas czekała niespodzianka. To była przesympatyczna sunia o imieniu Skarpetka (jak się później okazało). Było dosyć późno, więc wszyscy udali się do swoich pokoi, by się przespać. Rano (jak zwykle) poszedłem z Asią na krótki, poranny spacer. Po spacerze zjadłem śniadanie, po czym poszliśmy na grupowy spacer z Lizakiem. Wtedy po raz pierwszy się pogryźliśmy. Nie będe tego opisywać, według mnie to zbyt przerażające uczucie. Po spacerze wszyscy się przebrali, I wykąpali a my (Lizak I ja) zapadliśmy w, jak ja to nazywam, „Krainę Cynamonowych Bułeczek“ (sen). Gdy wszyscy już zeszli się na dół, zagrali w grę którą nazywają „Scrabble“. Nagle Dominik wybuchnął śmiechem, gdyż usłyszałem tylko słowo loha. Odtąd, gdy Dominik wybuchał śmiechem, słychać było słowo loha. Gdy ludzie rozgrywali nową partyjkę, słychać było pukanie w okno. Nagle, wszyscy tam spojrzeli, I… To Imba przyjechała! Cieszyliśmy się strasznie, a gdy zobaczyłem reakcję Lizaka, zrobiło mi się dziwnie… Lizak uprawiał jakieś zaloty których jeszcze nie rozumiałem. Rankiem drugiego dnia, jak zwykle, Asia zabrała mnie na krótki poranny spacer, I zjadłem śniadanie. Potem (też jak zwykle) tamtych poszliśmy na paro godzinny spacer, tylko że już z Imbą. Tym razem na spacer poszliśmy inną drogą. Obok naszej drogi była zamarznięta rzeczka. Byłem nią bardzo zaciekawiony, więc na niej stanąłem. Tak mi się rozjeżdżały łapki, że aż parę razy się poślizgnąłem. Po spacerze pojechaliśmy do domu, Ludzie się przebrali, I (jak zwykle) zagrali w grę. Właściwie tym razem zagrali w inną grę… Nosiła tytuł „Animalopoly“ (coś takiego jak Monopoly, tylko nie kupujesz nieruchomości, lecz zwierzęta). W tą grę gra się dość długo, (można ją przeciągnąć nawet do dwóch dni) więc poszliśmy spać o drugiej w nocy. Trzeciego ranka na Suwalszczyźnie robiliśmy to samo co w minionych dniach; najpierw spacer, później śniadanie… tylko że nie poszliśmy na spacer grupowy, ponieważ była paskudna pogoda. Czwartego dnia było smutno; wieczorkiem wszyscy wyjechali… Rankiem zato nie było najgorzej; poszliśmy na grupowy spacerek. Dominik zabrał aparat, więc na jego stronce (http://lizak.rudnicki.net) będą nasze zdjęcia. Była seria zdjęć jak skaczemy przez obniżenieia, w ziemii… zresztą co ja wam będę opowiadał, przecież sami sobie tam zajrzycie. Piątego dnia wyjechaliśmy my (ja, Sara, Nadia, Asia I Zosia). Jechaliśmy w spokoju przez pierwsze dwie godziny, ale potem strrrasznie zaczął padać deszcz i śnieg. Na drodze było bardzo ślisko, więc parę razy samochód wpadał w poślizg. Zatrzymaliśmy się w hotelu „Warszawa”, i tam spaliśmy. Rano, po śniadaniu, wyjechaliśmy z hotelu i ruszyliśmy w ponowną trasę. Teraz właśnie siędze sobie i spisuje… moje ferie. (na zdjęciu Lizak i Imba walczą o patyk)
