czwartek, 3 stycznia 2008

DZIAŁKA



Tydzień temu, Sara, Nadia, i ich mama Zofia poszły na snowboard (Zofia jeszcze była ze swoim chłopakiem, Michałem). A, i przepraszam że nie pisałem tak długo, ale byłem u Asi. Ona mnie zabrała na działkę, i było super. Pierwszego dnia przyjechaliśmy. Chodziliśmy na spacery (najczęściej 2-3 godzinne)… Raz poszliśmy na spacer, i zauważyliśmy rzeczkę. Była, oczywiście, zamarznięta. No więc ja na nią (jak zwykle) wszedłem. No i z piętnaście minut spędziliśmy na tej rzeczce, i po piętnastu minutach czuję, że coś pode mną pęka… nagle wielki huk, i wpadłem do wody. Próbowałem się wydostać, ale za każdym razem gdy stawiałem łapkę na lodzie żeby wyjść, lód pękał. W końcu wydostałem się wchodząc na stały ląd. Ale mi strasznie było potem zimno! Do końca wyjazdu nie wszedłem na żadną zamarzniętą rzeczkę. w drugi (nie jestem pewny) dzień, poszlismy do lasu. chodzilismy sobie tu i tam, aż zauważylimy kaczkę. Instynktownie za nią pobiegłem, ale sobie poleciała. Normalnie gdy przybiegłem, dopiero machnęła, i odfrunęła. W (chyba) trzeci czy czwarty dzień poszliśmy (jak zwykle) na spacer. Wychodząc z domu, zobaczyliśmy bałwanka. Nigdy czegoś takiego nie widziałem, więc uciekłem ze sto metrów od bałwanka… Z powrotem zwabił mnie zapach. Podszedłem bliżej, i zobaczyłem, że bałwanek ma oczy z ciasteczek!! Natychmiast skoczyłem na bałwanka, i zjadłem ciasteczka. Bałwanek (oczywiście) się wywrócił… po spacerze poszliśmy do domu, spakowaliśmy się i następnego dnia wyjechaliśmy z działki do domku.

Brak komentarzy: